Autor Wiadomość
Patyś
PostWysłany: Nie 12:37, 25 Cze 2006    Temat postu:

Opowiadanie fajne, ale dużo już jest tego typu FF`ów, znaczy z różnymi bractwami.. To opowiadanko czytam na blogu i niech tak zostanie:)
Daphne
PostWysłany: Pią 22:44, 23 Cze 2006    Temat postu: Harry Potter i Bractwo Heka

Rozdział I:
"Wyjaśnione i niewyjaśnione tajemnice"


Słońce chyliło się ku zachodowi oświetlając złotym blaskiem szczyty wieżyczek ogromnego zamku. Posiadłość była naprawdę pokaźnych rozmiarów; gdyby byle mugol ją zobaczył mógłby zemdleć z wrażenia, a i na czarodziejach czystej krwi, w większości mieszkających w ogromnych pałacach i willach, na pewno robiłaby wrażenie. Tereny leśne otaczały ją dookoła jak wieniec, a niedaleko wiła się rwąca rzeka, w której skład wchodziło kilka pokaźnych wodospadów.
Gdyby przyjrzeć się temu obrazowi bardzo dokładnie można by dostrzec trzech mężczyzn w barwnych szatach na najwyższej wieży, dyskutujących z ożywieniem.
- Ależ Aberforthcie, Bractwo nie jest miejscem dla dzieciaków! Taki mały grzdyl będzie nam się pałętał pod nogami? Ja w takich warunkach na pewno nie będę pracował! – zawołał jeden z nich, najwyższy i z najbardziej wściekłą miną. Drugi, niższy i tęższy, zrobił zniecierpliwioną minę.
- Quez, to nie jest żaden dzieciak tylko prawie dorosły człowiek! Ma szesnaście lat, w tym roku osiągnie pełnoletniość i nie widzę powodu, żeby uważać go za niegotowego.
- Ale ja widzę. Nie oceniam dorosłości po wieku ale po poziomie dojrzałości, a z własnego doświadczenia wiem, że szesnastolatki nie są dojrzali!
- Z własnego doświadczenia? A jakie ty miałeś doświadczenie z szesnastolatkami, Quezalcoacie? – wtrącił ironicznie, ale w z ciekawością trzeci osobnik, którego twarz była całkowicie ukryta pod kapturem.
- Nie wtrącaj się! – zganił go mężczyzna zwany Quezalcoatem – Chodzi mi o to, że przyjęcie nastolatka jako jednego z nas byłoby bardzo ryzykowne, w końcu prędzej nam przeszkodzi niż pomoże.
- Nie znasz go. Rozmawiałem z Albusem. Mówił, że chłopak nie jest typowym nastolatkiem. Zbyt wiele w życiu przeszedł. Ja dałbym mu szansę.
- Albus mówi wiele rzeczy, ale nie wszystkie zgadzają się z prawdą – warknął Quezalcoat. Aberforth wahał się przez chwilę, aż w końcu przyznał mu rację.
- Może i nie jest nieomylny i popełnia błędy, ale na pewno zna się na ludziach. Poza tym czuję, że młodego Pottera osądził właściwie. Teraz pytanie, czy powiemy o tym Trzmielowi?
- Zwariowałeś?! – wykrzyknął Quez z niedowierzaniem na twarzy – Dumbledore nigdy się nie zgodzi, boi się stracić swojego idealnego sługę, a nawet jeśli to będzie chciał nas kontrolować.
- W końcu i tak się dowie – mruknął Aberforth.
- Niby jak? Jeśli tylko chłopak nie okaże się przygłupem i mu nie powie to nie widzę powodu, dla którego miałby poznać prawdę.
- Znaczy, że się zgadzasz? – zapytał Aberforth ze szczerym zdziwieniem, a Quezalcoat musiał przyznać, że został wciągnięty w pułapkę, więc chcąc nie chcąc zrobił zbolałą minę, co jak wiedzieli jego towarzysze, oznaczało zgodę.

***

Obiekt tych rozważań przechadzał się właśnie uliczkami Privet Drive, a był to nikt inny jak słynny Harry Potter. Jego czarne, rozczochrane włosy opadły na twarz pod wpływem strug deszczu, ale zielonooki nic sobie z tego nie robił. Usiadł na ławce i pogrążył się w rozmyślaniach, których tematem była jedna osoba: Syriusz Black.
Muszę się z tym pogodzić – powtarzał sobie – Użalanie się nic mi nie da.
„On nie chciałby, żebyś przestał żyć. On umarł, ale ty musisz żyć dalej” – przypomniał sobie słowa Hermiony z listu, który wysłała mu już trzy dni po rozpoczęciu wakacji, czym naprawdę podniosła go na duchu. Nie był pełen głupich zapewnień, że wszystko będzie dobrze, ale realnych i przyjacielskich rad. Harry po przeczytaniu go poczuł, że Syriusz nie był jedyną bliską osobą, jaką miał. Zostali mu jeszcze Ron i Hermiona, i nie powinien o tym zapominać.
Ostatnio Harry dziwnie się czuł i nie chodziło tylko o to, że brakowało mu przyjaciela. Miewał nagłe bóle głowy, które przechodziły równie szybko, jak się pojawiały. Czasem miał nadmiar energii, tak że chciało mu się tylko biegać po pokoju i krzyczeć, innym razem mógłby przez kilka dni nie wstawać z łóżka, wpatrując się w sufit mętnym wzrokiem. Oprócz tego zaobserwował, że jego zarówno wzrok, jak i słuch jest coraz lepszy. Już niemal nie potrzebował okularów, a przynajmniej widział cokolwiek bez nich, a to już było dużym sukcesem. Zauważył również, że potwornie zbladł, a pod jego oczami ilekolwiek by nie spał tkwiły ciemne cienie. Nie ukrywał, że odrobinę go to martwiło, a nawet jego ciotka zwróciła uwagę na to, że wygląda jak narkoman.
- Zostawcie mnie w spokoju! – z rozmyślań wyrwało go rozpaczliwe wołanie i natychmiast zerwał się na nogi. Szybko ustalił skąd dochodziło i zaczął skradać się w tym kierunku. Nie mógł wykluczyć możliwości, że to śmierciożercy akurat się nad kimś pastwili, chociaż myśląc o tym zaczął się zastanawiać, czy nie ma przypadkiem paranoi.
Szybko jednak ustalił źródło tego dźwięku. W ciemnej uliczce stało czterech chłopców, a w jednym z nich Harry rozpoznał swojego własnego kuzyna. Pochylali się nad niską postacią leżącą na ziemi, którą Harry rozpoznał od razu – był to Mark Evans, jedenastoletni chłopiec mieszkający na jego osiedlu, zawsze gnębiony przez bandę Dudleya z powodu jego brata, który kiedyś zadarł z Dudleyem.
Wiedział, że musi coś zrobił. Zbliżył się do nich po cichu, ale już po chwili jakaś gałązka trzasnęła pod stopą Pottera i cała piątka się odwróciła.
- Czego chcesz, Potter? – warknął Dudley.
- Czego chcę? Zabawne pytanie… Chcę wielu rzeczy, ale aktualnie chcę, żebyście go puścili – wskazał na małego Evansa, który utkwił w nim swoje ogromne niebieskie oczy pełne nadziei.
- Potter, mówiłem ci już, żebyś się nie wtrącał w nie swoje sprawy - mruknął Dudley – a przynajmniej jeśli chcesz przeżyć te wakacje – dodał z paskudnym uśmiechem. Harry uśmiechnął się drwiąco.
- Jasne, już się boję – zakpił – Więc jak, sam go zostawisz, czy mam ci pomóc? – zapytał spokojnie ukradkiem zerkając na kieszeń z różdżką, jednak Dudley to zauważył, a na jego twarzy odmalował się strach, który jednak szybko opanował.
- Chodźcie chłopaki – powiedział tak stanowczo, jak tylko mógł, nadal starając się nie patrzeć na rękę Pottera, która powędrowała już do kieszeni - Nie będziemy sobie zawracać głowy tym dzieciakiem – dodał w przypływie inspiracji starając się patrzeć z pogardą na Marka i Harry’ego. Po chwili już ich nie było, choć pozostali członkowie bandy Dudleya odeszli za swoim szefem z rozczarowanymi minami.
- W porządku? – zapytał Harry nie patrząc na chłopaka.
- Tak… chyba tak – wyjąkał Mark – Dzięki za pomoc.
- Drobiazg – odrzekł Harry zamyślonym głosem patrząc za odchodzącym Dudleyem i zastanawiając się, jak można być tak tępym – Odprowadzę cię do domu.
I ruszył przed siebie, a z tyłu słyszał człapiącego Evansa.

Siedząca z krzakach Tonks mogłaby przysiąc, że kiedy Potter odchodził z tym małym chłopcem odwrócił się i uśmiechnął prosto do niej. Ale przecież nie mógł jej widzieć, miała na sobie pelerynę niewidkę! Obserwowała jeszcze przez chwilę oddalającą się sylwetkę chłopaka, aż w końcu pokręciła z niedowierzaniem głową i deportowała się z trzaskiem.

***

- Przysięgam, nie wiem jak, ale wiedział! – krzyczała do n niezbyt przekonanych słuchaczy dziewczyna o fioletowych włosach.
- A więc, droga Tonks, twierdzisz, że Harry Potter jakimś sposobem zaczął widzieć przez peleryny niewidki? – podsumował Szalonooki Moody niezbyt przekonany. Tonks gorliwie pokiwała głową, a reszta wymieniła niepewne spojrzenia. Oczywiście już jakiś czas temu zauważyli, że coś dziwnego dzieje się z młodym Potterem, a kilka razy niemal nie zdemaskował obserwujących go członków Zakonu, gdyż w jakiś sposób ich usłyszał.
Jedynie Albus Dumbledore wiedział, a raczej domyślał się o co chodzi. Myśl, że chłopak może odkryć prawdę przeraziła go. Wiedział, że w końcu to nastąpi, ale spodziewał się, że stanie się to za kilka, nawet kilkanaście lat, ale nie jeszcze w szkole. Pozostawało mieć nadzieję, że młody Potter nie zainteresuje się swoimi nowymi cechami i zignoruje je, jednak znając wrodzoną ciekawość chłopaka Albus wiedział, że nie ma co na to liczyć. Postanowił, że Harry jak najszybciej powinien dowiedzieć się prawdy.

***

Harry nadal uśmiechał się w duchu myśląc o minie Tonks, kiedy zobaczyła, że ten się do niej uśmiecha. Pewnie pomyślała, że potrafi widzieć przez peleryny niewidki! Tak naprawdę usłyszał ją już siedząc na ławce, a oczywiście nikt nie robi takiego hałasu jak gapowata Tonks. Wiedział dobrze, że jest obserwowany, w dodatku dobrze słyszał osobę szamoczącą się za jego plecami z peleryną i niepohamowane przekleństwo, które wyrwało się z ust jego strażnika.
Harry siedział właśnie nad biurkiem pochylając się nad pracą domową z transmutacji, którą pisał już trzeci dzień i coś go ciągle rozpraszało. Po ostrzeżeniu Moody’ego wuj Vernon pozwolił mu wziąć swoje szkole rzeczy do swojej sypialni, pod warunkiem, że nie będzie on ich nigdzie indziej wynosił. Zgodził się na taki układ, bo nie widział powodu, żeby iść gdziekolwiek ze swoimi magicznymi rzeczami.
Nagle dreszcz przeszedł go po plecach. Chciał się odwrócić, ale coś mu zabroniło. Wsłuchał się uważanie w otaczającą go ciszę, ale nie usłyszał nawet mruknięcia, wyczuwał jednak, że ktoś za nim stoi, choć nie mieściło mu się w głowie, jak można zachowywać się tak cicho.
- Kim jesteś? – zapytał w końcu w otaczającą go pustkę. I nagle pustka przemówiła.
- No tak, kulturalnie jest się przedstawić. Nazywam się Fortis Futhark.
Chłopak odwrócił się natychmiast i zobaczył niskiego, ciemnowłosego i ciemnookiego mężczyznę, najwyżej trzydziestoletniego, dobrze zbudowanego z podłużną twarzą. Wpatrywał się w niego ze spokojem.
- Nazywam się Fortis Futhark – powtórzył.
Harry przyjrzał się w skupieniu twarzy mężczyzny po czym odrzekł, dokładnie ważąc słowa.
- Ja jestem Harry Potter. A może mógłbym poznać przyczynę tych nagłych odwiedzin? Fortisa trochę zdziwił spokój chłopaka, ale nie dał tego po sobie poznać, jedynie kiwnął głową.
- Cóż, to nie jest takie proste i nie wiem, jak mam zacząć…
- Najlepiej od początku – wtrącił Potter. Futhark uśmiechnął się niepewnie.
- Wolałbym jednak nie rozmawiać o tym tutaj… Widzisz, to raczej będzie długa i wyczerpująca rozmowa, więc chciałbym przeprowadzić ją w prywatnym miejscu. Potter zastanowił się przez chwilę.
- Nadal nie mogę mieć pewności, że nie jesteś śmierciożercą czyhającym na moje życie. Nie uwierzę ci na słowo.
Fortis zastanowił się przez chwilę, aż w końcu odparł:
- Na pewno wiesz, gdzie jest ulica Pokątna, nieprawdaż?
Harry wytrzeszczył oczy. Przecież każdy wie, gdzie jest Pokątna! – pomyślał, ale tylko kiwnął głową.
- A wiesz, gdzie jest ulica Śmiertelnego Nokturnu?
Tym razem Harry poczuł się niepewnie, gdyż nie miał najlepszych wspomnień z tym miejscem, ale znowu kiwnął głową. Przybysz rozpromienił się.
- Świetnie! Spotkamy się tam w barze Pod Czarnym Krukiem jutro o 20:00.
- Dlaczego akurat tam?
- Bo tam jest bezpiecznie – Harry niemal roześmiał się na głos: Śmiertelny Nokturn bezpieczny? – A raczej nikt nas nie podsłucha. To jak, zgoda?
Fortis widział wahanie w oczach chłopaka i wiedział, że musi szybko ratować sytuację.
- Posłuchaj mnie. To, co usłyszysz może raz na zawsze zmienić twoje życie, ale pamiętaj: nie musisz się zgadzać! Wszystko zależy od twojego wyboru. Proszę cię jedynie o rozmowę. To jak?
Harry nie mógł oprzeć się wrażeniu, że właśnie tak powiedział by śmierciożerca chcąc go przekonać, by poszedł z nim, ale od Fortisa emanowała taka energia i nadzieja…
- Błagam cię! Jak mi się nie uda cię przekonać to mistrz mnie zabije! – załkał.
- Zaczekaj, wróć! Jaki znowu mistrz? – mistrz skojarzył mu się z Voldemortem. Ciarki przeszły mu po plecach i utkwił podejrzliwe spojrzenie w Fortisie.
- Mój mistrz. Mistrz i pan, założyciel stowarzyszenia bractwa… Ach, nie mogę mówić o tym tutaj! Proszę, przyjdź do Czarnego Kruka, tam mój mistrz ci to wyjaśni.
- Powiedz mi tylko kim jest twój mistrz? – zapytał Harry tchnięty ciekawością. Ponadto zachowanie Fortisa przypominało mu trochę zachowanie skrzatów domowych, kiedy nie mogły zdradzić jakiejś tajemnicy. Mozie zostało rzucone na niego podobne zaklęcie?
Fortis zadowolony, że przynajmniej to może wyjawić powiedział:
- Mój mistrz nazywa się Quezalcoat Aeval Bellefront.

***

Młody mężczyzna, mogący mieć najwyżej osiemnaście lat, przemierzał ulicę Śmiertelnego Nokturnu rozglądając się czujnie dookoła. Nie chciał, żeby ktokolwiek, a zwłaszcza ktoś z jego nienormalnej rodzinki go tu zobaczył. Przemknął się obok Borgina i Brukesa i zajrzał do następnego budynku, który okazał się być barem. Czarny Kruk, bo tak właśnie się nazywał, jak nigdy świecił pustkami. Stwierdzając, że może bezpiecznie wejść, mężczyzna uchylił drzwi i automatycznie skierował się do najbardziej oddalonego stolika, między barem a wieszakiem. Zastał tam dokładnie tego, kogo oczekiwał.
- Witaj Fortis – powiedział przyjaźnie do człowieka popijającego Ognistą. Ten wzdrygnął się wyrwany z zamyślenia i skierował mętny wzrok na przybysza.
- Nessos? Co ty tutaj robisz? – zapytał ganiącym tonem, ale po chwili jego głos złagodniał – Nie powinieneś tutaj przychodzić, szczególnie nie po…
- Dobrze wiem, czemu nie powinienem się tu pokazywać, a ty niekoniecznie musisz to ogłaszać na cały bar – warknął mężczyzna zwany Nessosem, po czym bezceremonialnie dosiadł się do stolika – Ale musiałem cię o coś zapytać.
Fortis zacmokał.
- Podejrzewam, że wiem, o co ci chodzi…
- Zgodził się? – przerwał mu Nessos gorliwie, wpatrując się z oczekiwaniem. Fortis pokręcił głową.
- Strasznie niecierpliwy jesteś, Ness. Nie zgodził się – na twarzy Nessos widać było rozpacz pomieszaną z niedowierzaniem – Nie zgodził się, bo na razie o niczym nie wie.
- Jak to? Przecież podobno miałeś być u niego wczoraj…
- Owszem, byłem, ale ten chłopak jest nieufny. Nieufny i podejrzliwy. Zbyt wiele wycierpiał. Strach pomyśleć, co by zrobił, gdybym nagle powiedział mu kim, a raczej czym jest. I włączam w to rozsmarowanie mnie na ścianie jednym machnięciem różdżki.
- Jest aż tak źle? – zapytał niepewnie Nessos. Fortis zastanowił się przez chwilę.
- Nie, nie jest źle. To raczej dobrze, że dzieciak nie jest naiwny i nie idzie za każdym. Poprosiłem go o spotkanie tutaj jutro o 20:00.
- Masz zamiar rozmawiać z nim tutaj? – zapytał ze zdumieniem.
- Nie, oczywiście, że nie! – żachnął się Fortis – Jak tylko się pojawi zabiorę go do mistrza.
Nessos uśmiechnął się drwiąco.
- W takim razie współczuję mu. Mistrz raczej nie jest z góry do niego dobrze nastawiony, a jeśli on raz sobie coś ubzdura to potem już się go nie przekona do… No co?! – zawołał widząc ganiącą minę Fortisa.
- Nie wolno tak mówić o mistrzu – stwierdził poważnie, równocześnie rozglądając się dookoła, zupełnie tak, jakby mistrz mógł ich podsłuchiwać.
- Dobra, dobra… Zmywam się, i tak już mnie nie ma zbyt dugo. Mogą być podejrzliwi. Informuj mnie jak toczy się sprawa z młodym Potterem – Już miał wstać i wyjść, kiedy usłyszał głos Fortisa:
- Dlaczego tak cię interesuje ta sprawa?
Nessos znieruchomiał.
- Chcę, żeby skurwiela, który zabił moją siostrę spotkała śmierć. Nie interesuje mnie kto to zrobi – czy wszechmocny Dumbledore – tutaj parsknął cichym śmiechem – czy nastolatek z problemem osobowości. Kimkolwiek będzie ten nieszczęśnik ja mam zamiar mu pomagać do końca, choćbym miał zginąć – odrzekł twardym głosem nawet się nie odwracając, po czym skierował się w stronę drzwi. Fortis tylko pokręcił głową i zamówił kolejną kolejkę Ognistej.

***

Harry Potter z niepewną miną przemierzał ulicę Pokątną, z twarzą ukrytą pod kapturem, z bardzo niepewną miną. Nadal nie wiedział, czy nie dał się po prostu zrobić w konia Riddle’owi. Albo Hermiona miała rację co do tego, że on po prostu lubi robić z siebie bohatera. Poczuł uścisk w żołądku na myśl o Syriuszu, i o tym jak wszystko inaczej by się mogło potoczyć gdyby nie jego naiwność. Przeklinając w myślach swoją głupotę, której właśnie po raz kolejny dał wspaniały popis, szedł dalej.
Skręcił w alejkę z napisem „Śmiertelny Nokturn” i zaczął rozglądać się za poszukiwanym barem. Minął sklep Borgina i Brukesa i nareszcie zobaczył nazwę „Pub pod Czarnym Krukiem”. Pchnął drzwi i wszedł do środka.
Duszno – to pierwsze co przyszło mu do głowy. Przez chwilę nie mógł oddychać i nic zobaczyć przez dym unoszący się w powietrzu, pochodzącym zapewne z wielu fajek, cygar, papierosów i tym podobnych świństw. Zakrztusił się, odetchnął głęboko, co prawda dymem, więc niezbyt mu to pomogło. Zaczął rozglądać się po pomieszczeniu rozpaczliwie mrugając i próbując coś zobaczyć. Nagle ktoś złapał go za ramię.
- Widzę, że jesteś nieprzyzwyczajony do dymu wszędzie dookoła? – usłyszał głos Fortisa z tyłu – Choć za mną, uwolnimy się od tego.
Poprowadził go jakimiś schodami do góry, potem korytarzem, jednym drugim, drzwiami… Harry nie zdawał sobie sprawy, że ten budynek jest tak duży. W końcu dym się rozrzedził i ujrzał obdrapaną klatkę schodową. Fortis właśnie wkładał klucz do jednych z drzwi.
- Gdzie jesteśmy? – zapytał rozglądając się.
- To moje mieszkanie – odrzekł Fortis uśmiechając się kpiąco. Harry powstrzymał się od wypowiedzenia swojego zdania na temat tego lokalu, ale wydał mu się niezbyt przytulny. Gołe obdrapane ściany, w rogu stało tylko łóżko, dwie walizki, mały stolik i… mugolska mikrofalówka?!
- Wiem o co ci chodzi. Nie dbam o nie zbytnio, właściwie to tylko tu śpię. Przez całe dnie mnie nie ma, a i noce czasami też – mówił, gdy zobaczył wytrzeszczone oczy Harry’ego skierowane na elektryczny sprzęt.
- Myślisz, że czarodzieje już w ogóle nie biorą niczego od mugoli? To najpraktyczniejsza rzecz na świecie, nie wiem czemu mugole są tak niedoceniani. Ja osobiście ich podziwiam. Wzmocniłem ją kilkoma zaklęciami i jest jak znalazł. Wolę nie używać tutaj zbyt wielu zaklęć… Wiesz – ściszył głos – wrogowie czają się dookoła – i rozejrzał się czujnie, jakby co najmniej wróg miał wyskoczyć spod łóżka i miotnąć w nich zaklęciem.
Kiedy już przeprowadził wszystkie działalności upewniające, że nikt nie podsłuchuje, podgląda ani nic takiego usiadł spokojnie na krześle wskazując Harry’emu łóżko i wciągając z szafki dwie lekko zakurzone szklanki. A myślałem, że to ja mam paranoję – przemknęło przez głowę Harry’emu.
- Musimy zaczekać na mistrza – powiedział Fortis już normalnym głosem – Zaraz powinien się tu zjawić – po chwili wahania dodał ciszej: - Uważaj na niego Harry. Nie lubi wścibstwa, arogancji i nieposłuszeństwa.
- Niby dlaczego miałbym być mu posłuszny? – zapytał Potter buntowniczo. Fortis zrobił przerażoną minę i już otwierał usta, kiedy rozległ się trzask i pośrodku pokoju pojawiła się wysoka postać z groźną miną. Fortis natychmiast zerwał się na nogi. Harry wzdrygnął się mimowolnie pod morderczym spojrzeniem, ale dzielnie je wytrzymał. Przybysz rozejrzał się po pokoju, po czym bez zaproszenia jednym machnięciem ręki wyczarował piękny czerwony fotel i usiadł. Harry otworzył usta ze zdziwienia. Przecież on nawet nie użył różdżki.
Fortis usiadł dopiero kiedy jego mistrz zajął swoje miejsce. Szybko wyjął jeszcze jedną szklankę, ale Quez kolejnym szybkim ruchem wyczarował trzy kielichy jakiegoś napoju, a każdy z nich poszybował w kierunku jednej z obecnych osób. Harry automatycznie chwycił swój, ale się nie napił. Przezorność na pierwszym miejscu – pomyślał.
- Mądre posunięcie, Potter – zagrzmiał Quez, patrząc gdzieś w przestrzeń – Ale mogę cię zapewnić, że ten napój nie został zatruty.
- Śmierciożerca też by tak powiedział – odparował Harry, zanim zdążył ugryźć się w język. To stwierdzenie chyba mogłoby podlegać pod słowo „arogancja”, ale mistrz tylko uśmiechnął się z satysfakcją.
- Podejrzewam, że wiesz, dlaczego tu jesteś, Potter?
- Właściwie to nie – przyznał Harry – Wiem jedynie, że chciał pan ze mną porozmawiać, więc słucham.
Fortis zakrztusił się. Widział zmarszczone brwi mistrza i zrozumiał, że od bardzo dawna nikt nie zatytułował go innym mianem. Spojrzał na niego niespokojnie, ale ten puścił to mimo uszu.
- Tak, istotnie… Chciałem porozmawiać przede wszystkim o twoim pochodzeniu… I o twoim zadaniu.
- Zadaniu? – zapytał Harry.
- Dumbledore nie powiedział ci o przepowiedni? – zapytał z niedowierzaniem Fortis, a Quez zgromił go wzrokiem mówiącym: „Teraz ja mówię”.
- Powiedział, ale… Chodzi o pokonanie Voldemorta, tak?
Nagle Fortis zatkał uszy i zaczął się szamotać. Mistrz złapał go za ramiona i potrząsnął mocno. Fortis otworzył oczy, chociaż nadal nie wyglądał na zbyt świadomego.
- Nigdy… nie wymawiaj… jego imienia… - wychrypiał głosem drżącym z emocji.
- Niby dlaczego? Dyrektor je wymawia i nie widzę powodu… - sprzeciwił się buntowniczo Harry, ale Quez mu przerwał:
- Owszem, nie widzę żadnego sensu w strachu przed imieniem i sam je wymawiam – spojrzał z pogardą na Fortisa – ale ty akurat nie powinieneś.
- Dlaczego? – zapytał Harry z zaskoczeniem.
- Tylko dopóki nie nauczysz się oklumencji. To po prostu niebezpieczne.
- Mogę więc mówić na niego Tom? – zapytał z szelmowskim uśmiechem. Kącik ust mistrza uniósł się lekko do góry, ale szybko się opanował. Nie może przecież stracić reputacji!
- Jak dla mnie możesz go nawet nazywać Białym Króliczkiem, byle nie po imieniu – Harry parsknął śmiechem – A teraz przejdźmy do głównego tematu.
Odetchnął, poprawił szatę i zaczął, widząc zniecierpliwione spojrzenie Pottera.
- Na pewno zauważyłeś niewielkie zmiany w sobie. W swoim wyglądzie, w funkcjonowaniu swoich zmysłów – i zerknął na Harry’ego oczekując potwierdzenia. Potter natychmiast kiwnął głową – Cóż, nie dzieje się to przez przypadek.
- Domyślam się – mruknął Harry – rzadko się zdarza, żeby nagle parkowanie samochodu, na które kiedyś nie zwracałeś uwagi, było tak głośne, że aż bolesne.
- Tak – przyznał mistrz – To dlatego, że w twoim organizmie obudziły się uśpione geny, które odziedziczyłeś po swojej babce.
- Mojej babce? – zapytał Harry z ciekawością, gdyż jeszcze nigdy nie słyszał o swoich dziadkach ani słowa.
- Tak… Ameline Willson, a później Potter była naprawdę wyjątkową kobietą i wspaniałą czarownicą – mistrz zrobił lekko rozmarzoną minę, a Harry ledwo powstrzymał się od parsknięcia śmiechem – A poza tym była wampirem.
Do Pottera, który akurat całą uwagę skupiał na opanowaniu śmiechu, na początku nie dotarło to, co właśnie usłyszał. Po jakiejś minucie nagle znieruchomiał, powtórzył sobie coś w myślach, po czym powiedział uprzejmie:
- Przepraszam, ale wydawało mi się, że przed chwilą powiedział pan, że moja babcia była wampirem.
Quez zrobił zniecierpliwioną minę.
- Dokładnie to powiedziałem.
- Chce pan powiedzieć, że ja też… też jestem wampirem? – zapytał z wahaniem, szokiem i przerażeniem jednocześnie. Przecież… Nie, zaraz, coś tu nie gra!
- Dokładnie to chcę powiedzieć – powtórzył.
- Jak mogłem być wampirem i o tym nie wiedzieć?
- To ujawnia się mniej więcej między osiemnastym z dwudziestym drugim rokiem życia… U ciebie zaczęło się zdumiewająco wcześnie, podejrzewaliśmy, że jakiekolwiek zmiany nadejdą minimum za dwa lata…
- Skąd wiedzieliście, że te zmiany nadeszły? – przerwał Harry nadal w szoku.
- Obserwowaliśmy cię od jakiegoś czasu…
- Obserwowaliście mnie czekając, aż zacznę się zmieniać w wampira, by mnie o tym poinformować, tak? – Harry’ego zaczęła ogarniać złość. Znowu był niedoinformowany!
- Właściwie to nie. Obserwowaliśmy cię, żeby ocenić twoje możliwości, sam fakt bycia wampirem jest dla nas niespodzianką, o której też dowiedzieliśmy się niedawno i byliśmy zaskoczeni…
- W takim razie czemu mnie obserwowaliście? Po co chcieliście poznać moje możliwości?
- Żeby zdecydować, czy dać ci szansę - odrzekł mistrz, znowu niczego nie tłumacząc. Kiedy Harry czekał na ciąg dalszy w końcu się poddał – Chcemy złożyć ci pewną propozycję, o której myśleliśmy już od jakiegoś czasu… Osobiście byłem przeciwko temu, ale zostałem przegłosowany. Na początek musisz przyrzec, że nie piśniesz o tym nikomu, a już zwłaszcza Dumbledore’owi.
- W porządku… Ale dlaczego zwłaszcza Dumbledore’owi? – zapytał Harry podejrzliwie. Nawet jeśli był trochę zły na dyrektora to wydawało mu się, że każdy kto chce ukryć coś przed Dumbledorem jest podejrzany.
- Wątpię, żeby był zadowolony z naszej propozycji… Co prawda nie miałby wiele do gadania, ale mamy dużo zmartwień bez jego czepialstwa.
Potter mimo woli uśmiechnął się z satysfakcją. Więc nie jest jedyną osobą, która nie unosi dyrektora ponad wszystko inne, choć jeszcze niedawno robił tak samo.
- Więc powiecie mi w końcu co to za propozycja?
- To nie jest taki prosty temat… Nie możesz zdradzić żadnej tajemnicy Bractwa, bo jeśli to zrobisz… - uśmiechnął się paskudnie – No cóż, w każdym razie nie radzę tego robić.
- Bractwa? – zapytał szybko Harry.
- Tak… Pewnego stowarzyszenia powstałego ponad tysiąc lat temu walczącego z czarną magią… Koło 1400 roku stowarzyszenie się rozpadło, potem zostało reaktywowane podczas wojny z Grinewaldem - mina Harry’ego wyrażała niezrozumienie. Quez westchnął – Podejrzewam, że spałeś na historii magii? - Potter zaczerwienił się lekko – Nie musisz odpowiadać. Grinewald był czymś w rodzaju Voldemorta, tylko że… No, założenie mieli przynajmniej podobne. Wtedy postanowiliśmy reaktywować Bractwo Heka, a mnie wybrali na przywódcę. Od tego czasu Bractwo regularnie walczy z Voldemortem, ale incognito… Nieliczni wiedzą w ogóle o naszym istnieniu. Wolimy nie rzucać się w oczy, choć nasze stowarzyszenie liczy sporo osób…
- Dobrze, ale jaka jest ta propozycja? – przerwał mu niecierpliwie Harry. Mistrz uniósł brwi.
- Jeszcze się nie domyślasz? Chcemy, żebyś został członkiem Bractwa, oczywiście o ile się zgodzisz.
Harry’emu szczęka opadła. Otworzył usta, ale nie wiedział co powiedzieć, więc ponownie je zamknął.
- To jakiś żart? – wyjąkał. Quez zmierzył go groźnym spojrzeniem.
- Czy ja wyglądam na osobę, która żartuje?
- No… nie. Chyba nie – odrzekł Harry, gdyż najwyraźniej właśnie takie odpowiedzi od niego oczekiwano – Ale dlaczego chcecie mnie zwerbować do tego Bractwa…?
- Po prostu istniejesz na naszej liście od jakiegoś czasu… Doszły nas słuchy, że się nadajesz… Po prostu – mistrz zaczął się plątać, co nigdy nie wróżyło dobrze. W końcu poddał się – No dobra. To stowarzyszenie dla najlepszych, a ty właśnie do nich należysz.
- Ale… - Potter wyraźnie nie wiedział co powiedzieć – Ja nie mam żadnej potężnej mocy… Ja nie umiem… Nie nadaję się…
- Mogę cię zapewnić, że się nadajesz, a co do twoich umiejętności to wystarczy porządny trening…
- Trening? - zapytał natychmiast Harry – Trening z kim?
Mistrz spojrzał na niego spode łba i odrzekł z paskudnym uśmiechem przylepionym do twarzy:
- Ze mną.
I wtedy Harry już wiedział, że łatwo nie będzie. Na jakiś czas zapanowała cisza. W końcu Potter postanowił się odezwać.
- Te… wampiry… Jak właściwie wygląda bycie wampirem?
- Podobnie jak bycie człowiekiem. Dochodzi wrażliwość na światło słoneczne – zobaczył przerażone spojrzenie Harry’ego – ale na to jest zaklęcie, które będzie cię przed nim ochraniać. Oczywiście nieśmiertelność – Potter jeszcze bardziej wytrzeszczył oczy – Chyba, że spotkasz się z niemiłym dla was kołkiem osinowym. Nie ma innego sposobu żeby zabić wampira. Bledsza twarz i, jak już zdążyłeś zauważyć, wyostrzone zmysły. Odporność na ogień, wrażliwość na srebro, również o wiele lepszy refleks i niesamowita zwinność… No i niestety wampiry nie są zbyt mile widziane w społeczeństwie czarodziejów, więc radziłbym ci tego nie ogłaszać wszem i wobec.
Harry przełknął ślinę.
- Co mi mogą… zrobić… jeśli się dowiedzą?
- Zrobić raczej nic, chodzi o opinię. Ludzie boją się wampirów. Ale mogą cię sklasyfikować jako „niebezpiecznego” i odciąć od reszty ludzi. Ale w takiej sytuacji potrzebują dobrego powodu, więc masz być grzeczny, jasne? – nie czekając na potwierdzenie powiedział tylko – Myślę, że nasze lekcje będziemy przeprowadzać w nocy, kiedy nikt się nie zorientuje, że nagle znikasz… Do zobaczenia, Potter.
I zniknął bez uprzedzenia. Harry stał jak skamieniały i dopiero teraz przypomniał sobie o obecności Fortisa, siedzącego gdzieś w kącie. Tamten patrzył na niego z wyczekiwaniem, ale Harry mruknął tylko „Muszę to przemyśleć” i wybiegł z mieszkania.

Rozdział II
„Krok za krokiem”


Harry Potter przemierzał ulicę Privet Drive kierując się w stronę domu numer cztery. Był tak pogrążony w myślach, że zdawał się nie widzieć nawet dokąd idzie. Słowa mistrza (zaczął go tak nieświadomie nazywać w myślach, co strasznie go irytowało) ciągle chodziły mu po głowie i z każdym kolejnym powtórzeniem całej ich rozmowy od początku do końca wydawały się mniej rzeczywiste. Wracając Harry’emu nawet przeszło przez myśl, że próbują go oszukać wmawiając jakieś bzdury, ale przecież sam zauważył zmiany w swoim wyglądzie! To czego się dowiedział wydawało mu się tak nieprawdopodobne, że prędzej by uwierzył, że Snape tak naprawdę uwielbia uczniów.
Nagle usłyszał, że krzaki za nim poruszyły się lekko. No tak! Zapomniał o tym, że straż wciąż go pilnuje i nawet nie włożył peleryny-niewidki! A to oznaczało kłopoty…
- Harry, co ty tutaj robisz?! – szepnął Lupin zdejmując przezroczysty płaszcz i patrząc na nastolatka z naganą – Gdzieś ty był o tej porze?!
Potter zerknął na zegarek. Była 22:30. Niedobrze.
- Na spacerze – odrzekł najbardziej obojętnym głosem, na jaki było go stać, odwracając się w stronę byłego profesora.
- Na spacerze w środku nocy? – zapytał z sarkazmem Lupin – Nie widziałem jak wychodziłeś – Harry postanowił przemilczeć tę kwestię – Gdzie byłeś?
Potter wzniósł oczy do nieba.
- Przecież mówiłem. Przejść się i pomyśleć. Nieważne gdzie.
Lupin już miał kontynuować wypytywanie, kiedy nagle coś rzuciło mu się w oczy.
- Gdzie ty masz okulary?
No to wpadłem – pomyślał Harry.
- Nie potrzebuję ich – odrzekł z nadzieją, że Remusowi wystarczy taka odpowiedź. Niestety, pomylił się.
- Jak to nie potrzebujesz? Harry, co się z tobą dzieje?
Potter starał się zachować spokój, ale nie miał pojęcia jak się z tego wykaraska.
- Co się ze mną dzieje? Jestem akurat w nienajlepszym nastroju, a nie mogę nawet iść na wieczorny spacer, aby trochę zapomnieć o niemiłych wspomnieniach, żeby cała straż nie stawała na rzęsach szukając mnie po całej Anglii! – zawołał, próbując wywołać w Remusie jakieś poczucie winy, a jednocześnie brzmieć przekonująco, co nie było trudne, bo w pewnym sensie była to prawda.
Remus wpatrywał się ze zdziwieniem, ale w duchu musiał przyznać nastolatkowi rację. Przechodzi teraz prawdopodobnie najgorszy okres w życiu i na pewno bardzo brakuje mu ojca chrzestnego. Remus wiedział o tym, bo sam czuł to samo: wszystko przypominało mu o Syriuszu. A oni zamiast mu pomóc traktują go jak złote jajko.
- Harry… My chcemy ci pomóc… Martwimy się… - zaczął, ale Potter mu przerwał:
- Więc niech do was dotrze, że ja też potrzebuję prywatności i że potrafię sobie sam poradzić! Nie możecie mnie zamknąć w klatce i nie opowiadajcie bzdur, że to dla mojego dobra!
Lupin otworzył usta, ale za chwilę je zamknął, gdyż właśnie miał powiedzieć: „To dla twojego dobra”. Spojrzał na Harry’ego zrezygnowanym wzrokiem.
- Przepraszam, Harry, ale naprawdę chcemy dla ciebie jak najlepiej…
- I uważacie, że wiecie lepiej ode mnie co jest dla mnie dobre?
- Cóż… Wiesz, teraz po śmierci Syriusza nie chcemy, żebyś zrobił jakieś głupstwo…
- A na pewno je zrobić jeśli dalej nie pozwolicie mi żyć własnym życiem – dokończył za niego Potter. Remus otworzył usta, ale nie zdążył nic powiedzieć – Mówię poważnie, panie profesorze. Rozumiem, że się martwicie, ale mam dość obserwowania dzień i noc. Proszę bardzo, możecie mnie śledzić, ale potem się nie dziwcie, że nie jestem zbyt miły.
Po czym odwrócił się i skierował się w stronę Privet Drive 4.
- Harry – usłyszał za plecami. Zacisnął powieki, modląc się o cierpliwość, odwrócił z powrotem do byłego nauczyciela i spojrzał z oczekiwaniem.
- Proszę, nie nazywaj mnie profesorem. Mów mi po prostu Remus.
Nieco go zdziwiła ta prośba i poczuł się głupio, że tak potraktował Lupina. Był dla niego teraz najbliższą osobą, kiedy stracił Syriusza, może poza Ronem i Hermioną. I mimo wszystko nie była to jego wina: on tylko wykonywał rozkazy Dumbledore’a, jak wszyscy zresztą.
- Dobrze, profesorze. To znaczy Remusie. I dziękuję – uśmiechnął się ciepło, a przynajmniej na tyle ciepło na ile mógł w obecnym stanie, odwrócił się i pobiegł w stronę bramy.
Remus Lupin stał jeszcze przez chwilę w miejscu, nie pamiętając nawet o założeniu peleryny-niewidki, którą trzymał w ręce. Czy to tylko jego wzrok płata mu figle, czy rzeczywiście kiedy Harry się uśmiechnął jego zęby były odrobinę wydłużone i… bardziej spiczaste niż u normalnego człowieka.
Podrapał się w głowie Czuł, że to wszystko jest jakoś ze sobą powiązane i już był blisko dopasowania ostatniego elementu układanki, kiedy odpowiedź na tę zagadkę z powrotem uciekła z głąb jego umysłu. Czuł, że ją zna, brakowało mu jednego klocka i odrobiny logicznego myślenia. Rozwiązanie miał na końcu języka, ale nijak nie umiał go złapać, jakby bawiło się z nim w kotka i myszkę, nieustannie zwodząc go za nos. Potrząsnął głową i postanowił, że później się nad tym zastanowi. Za chwilę powinien pojawić się tutaj Mundungus.

***

- Co ty tu robisz? – Nessos usłyszał za sobą kobiecy głos.
- Siedzę – odparł obojętnie, próbując nie patrzeć na dziewczynę. Przez ostatnie siedem miesięcy na niczym nie skupiał się tak, jak na unikaniu jej.
- Wiesz, że nie powinieneś tutaj siedzieć.
- Robię wiele rzeczy, których nie powinienem.
- Tyle sama zauważyłam – odparła z sarkazmem – Na przykład przychodzenie do Czarnego Kruka. Sam wpychasz się do paszczy lwa.
- Nie jesteś moją matką, żeby prawić mi kazania – wysyczał.
- Och, jasne. Najlepiej się zabij, czemu miałoby mnie to obchodzić, tak?
- Prawdę mówiąc tak. No bo niby czemu? Co miałoby cię obchodzić czy będę żył, czy umrę? – dopiero teraz postanowił na nią spojrzeć. Jego oczy wyrażały taką niechęć, że dziewczyna aż się cofnęła.
- W porządku. Skoro tak nisko mnie cenisz to chyba nie mamy o czym rozmawiać.
- Najwyraźniej – skwitował.
Nastolatka jeszcze przez chwilę wpatrywała się w jego twarz z niedowierzaniem i rozczarowaniem, po czym wyszła trzaskając drzwiami. Kiedy odgłos jej kroków ucichł, Nessos najzwyczajniej w świecie wybuchnął płaczem. Nie mógł wiedzieć, że jego przyrodnia siostra zaraz za drzwiami zrobiła to samo.

***

Harry Potter leżał na łóżku wpatrując się w sufit. Jego wzrok był zamglony, a sam nastolatek sprawiał wrażenie, jakby nie do końca wiedział, gdzie się znajduje. Stan pokoju można było sklasyfikować jako najwyższy stopień bałaganu: wszędzie walały się podręczniki, ubrania i przeróżne magiczne przedmioty, pomieszane z mugolskimi rzeczami i jedzeniem. Na biurku widniała wielka plama, na którą Potter przez przypadek wylał butelkę z wyciągiem ze szczuroszczeta. Śmierdziało okropnie, ale tak naprawdę Harry’ego to niezbyt obchodziło.
Nagle drzwi jego pokoju otworzyły się i stanęła w nich jego ciotka. Zaczęła od standardowego tematu:
- Potter, jak ty możesz tu żyć w takim chlewie?!
Harry jedynie wzruszył ramionami. Z doświadczenia wiedział, że lepiej nie odpowiadać.
- Jutro przyjeżdża do nas rodzina. Pozbądź się tych… gratów – prychnęła z pogardą patrząc na jego czarodziejskie wyposażenie – Posprzątaj tu trochę, nie chcę, żeby przez ciebie wzięli nas za ostatnich niechlujów. Jak skończysz ze swoim pokojem to zejdź na dół, będę miała dla ciebie kilka zajęć.
Zatrzasnęła za sobą drzwi i Harry został sam.
Jaka znowu rodzina? – pomyślał – Czyżby ciotka Marge? Nie, wtedy po prostu by mu powiedzieli, że Marge przyjeżdża. Cóż, ktokolwiek to będzie Harry nie ma zamiaru go oglądać, rozmawiać z nim, najlepiej zabarykaduje się w pokoju i będzie tam siedział dopóki nie wyjadą.
Ale niestety słowo ciotki Petunii było święte, więc chcąc nie chcąc zwlekł się z łóżka do zaczął bez ładu i składu wrzucać rzeczy do kufra, który następnie byle jak wepchnął pod łóżko. Potem przez następne półtorej godziny męczył się z plamą na biurku, nie tyle usunięciem samego odbarwienia, ale przede wszystkim zapachu, po czym zszedł na dół.
Następne godziny upłynęły mu na szorowaniu, odkurzaniu, pucowaniu i zdrapywaniu. Palce go bolały, podobnie jak plecy od ciągłego pochylania się. Poszedł do łazienki, wziął prysznic i powlókł się do swojego pokoju. Teraz chciało mu się tylko spać. Ani się obejrzał a był już pogrążony w krainie snów.

***

Harry unosił się w górę, a jednocześnie spadał z nieskończoną przepaść. Kręciło mu się w głowie, żołądek się skręcał. W uszach mu huczało, co doprowadzało go niemal do łez. Oczy zaczęły go szczypać, więc zacisnął je mocno.
Nagle wszystko ustało. Czuł się jakby właśnie przebiegł kilka kilometrów. Siedział na zimnej posadzce. Próbował otworzył oczy, ale na początku nic nie widział, dopiero po chwili obraz się wyostrzył.
Przed nim stał mistrz i jakaś nieznany mu mężczyzna w średnim wieku. Miał spiczastą bródkę, a na miejscu oczu wąskie szparki, które trudno tak naprawdę nazwać oczami. Patrzył na leżącego na ziemi Pottera z zainteresowaniem pomieszanym z nutką pogardy. Nastolatek dźwignął się z ziemi, ale musiał podtrzymać się ściany, bo wciąż kręciło mu się w głowie.
- Podróż astralna zawsze tak wygląda – stwierdził mistrz, nawet nie podnosząc wzroku znad kociołka – Przyzwyczaisz się.
Harry już po chwili odzyskał pełne panowanie nad swoim ciałem i puścił się ściany. Kiedy upewnił się, że może stać o własnych siłach skierował swój wzrok na mistrza i dopiero wtedy dostrzegł Fortisa, który z najbardziej służalczą miną podawał mistrzowi składniki potrzebne do eliksiru.
Świetnie – przeszło Harry’emu przez myśl – Pierwsza lekcja, a my zaczynamy od eliksirów. Cóż, pierwsza lekcja, pierwsza klapa…
- Potter, usiądź – rozkazał mistrz głosem nie znoszącym sprzeciwu – Janusie, dziękuję za informacje, ale możesz już iść – słowa te skierował do mężczyzny stojącego obok niego. Ten ociągał się trochę z odejściem, bo widać, że był bardzo zainteresowany pierwsza lekcją Pottera, mistrz jednak rzucił mu zniecierpliwione spojrzenie, więc pozostało mu pożegnać się, jeszcze raz spojrzeć z pogardą na tego bohatera od siedmiu boleści i zniknąć z trzaskiem.
Mistrz chrząknął, po czym Fortis, patrząc na niego z żalem, również opuścił pokój. Zostali we dwójkę. Mistrz przez chwilę milczał, po czym odezwał się, starannie dobierając słowa.
- Panie Potter… Zapewne wie pan, że jest tu po to, aby nauczyć się wielu rzeczy, które później przydadzą się panu w przyszłości podczas walki z Voldemortem, jak i innymi ciemnymi mocami jakie tylko istnieją. Nasz trening nie obejmuje w żaden sposób nauki czarnej magii, którą gardzimy ponad wszystko, choć są jasne zaklęcia działające praktycznie jak czarna magia. Wątpię, żeby ktokolwiek kiedyś zrozumiał, dlaczego nie są zakazane – przerwał na chwilę, wpatrując się skupionym wzrokiem w twarz Pottera, który słuchał uważnie każdego słowa - Naszym zadaniem będzie również odnalezienie twojej, że tak powiem, specjalności. Każdy członek bractwa ma dziedzinę magii, która wychodzi mu najlepiej. Ją właśnie będziesz pielęgnował i ćwiczył do perfekcji.
Na twarzy Pottera dostrzegł niepewność. Pewnie chłopak uważa, że w niczym nie jest wybitny. To był właśnie problem z tym dzieciakiem: kompletnie nie wierzył w siebie. Miał spore możliwości, ale co mu dadzą, jeśli sam nie uwierzy w to, że tkwi w nim potęga? Jest zbyt skromny i nie lubi być najlepszy.
- W porządku, Potter – powiedział po dłuższej przerwie. Chłopak wydawał się być zamyślony i wcale mu się nie dziwił, więc pozwolił mu sobie wszystko poukładać, ale teraz czas zacząć lekcje – Zaczniemy od sprawdzenia twoich umiejętności, potem zajmiemy się eliksirami, oklumencją i legilimencją, hipnozą, transmutacją, zaklęciami ofensywnymi i defensywnymi, łaciną, runami, teleportacją, telepatią, animagią, magią starożytną, elficką, niewerbalną, bezróżdżkową…
Harry wytrzeszczył oczy i przełknął ślinę. Nawet Hermiona by się tego wszystkie nie nauczyła w okresie dwóch miesięcy, a co dopiero on?! Czy oni chcą, żeby nie spał, nie jadł i nie pił tylko machał różdżką?
- A kto powiedział, że będziesz miał tylko dwa miesiące? – zapytał mistrz, jakby czytał w jego myślach.
- To znaczy, że będę miał lekcje także w czasie roku szkolnego? – zdziwił się Potter.
- Nie, to nie wchodzi w grę – odparł mistrz – Chcemy jeszcze przed powrotem do szkoły cię przyjąć, jeśli będzie ci dobrze szło… Przynajmniej to by wiele nam ułatwiło.
- Więc jak chcecie…? – zaczął Potter, ale mistrz nie pozwolił mu dokończyć.
- Użyj głowy Potter. Podejrzewam, że słyszałeś nie raz o zmieniaczach czasu. Dostaniesz jeden i tym sposobem będziesz mógł chodzić na nasze lekcje bez potrzeby znikania na jakiś czas. To będzie bezpieczniejsze. Nie chcemy, żeby ktokolwiek, przynajmniej na razie zorientował się, że tu jesteś – Potter kiwnął głową – możemy zabrać się za lekcje? Zaczniemy od oklumencji…

Powered by phpBB © 2001,2002 phpBB Group